Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę czerpał radość z widoku agonii. Z satysfakcją patrzę jak zdycha stara, pomarszczona, zarażona HIV-em Unia Europejska. Chory i zakłamany kosmopolityczny twór, który niczym pospolita dewiantka, daje się gwałcić obcym europejskiej kulturze ideologiom i cywilizacjom. Być może Angela Merkel ze zgrają „alfonsów” podziela równie obrzydliwe dewiacje, ale to niedopuszczalne, by je transponować na działalność polityczną obejmującą niemal cały kontynent. Seksualne spaczenia niech realizuje w prywatnej sypialni, nie zaś w ustawodawstwie europejskim. Dzisiaj o Unii Europejskiej, pojęciu nacjonalizmu i budzącej się Europie Wolnych Narodów.
Już w 1937 roku sowiecki Komintern nakazał, by wszystko co narodowe wrzucać do jednego wora o nazwie „faszyzm”. Idioci… nacjonalizm bardziej by obrzydzono, gdyby wspomniany wór nazwano „żydowskim szowinizmem”. Sowieccy półinteligenci nie rozróżniali odmian nacjonalizmów, a że padło na „faszyzm”, tak też pozostało. Najgorsze jest to, że po dzień dzisiejszy, wysoko postawieni funkcjonariusze państwowi i kościelni, bredzą o faszystowskich bojówkach w Polsce ukrywających się za kibicowskimi szalikami czy banderami patriotycznych organizacji. Polski nacjonalizm jest koherentny z oficjalną doktryną Kościoła katolickiego, która wbrew temu, co nieraz mówią polscy publicyści, jak w rozmowie, którą kilka dni temu przeprowadził ze mną Piotr Barełkowski z wPolsce.pl, nie podlega relatywizacji. I papież Franciszek czy szabes goj Stanisław Gądecki żadną wypowiedzią czy oświadczeniem tego nie zmienią. Polski nacjonalizm, w przeciwieństwie do żydowskiego szowinizmu, szanuje inne nacje (por. np. A. Doboszyński, „Teoria Narodu”). Jest iście szlachetny. Jest umiłowaniem tego co narodowe, dziedzictwa, z którego wyrastamy.
Demoliberałowie, na czele z UE, w ludzkich umysłach próbują wykreować następujące skojarzenia: nacjonalizm to krew, wojna, zło i nietolerancja, a liberalizm to wolność, sielanka, miłość, szacunek i pieniądz. Najgorsze, że wielu staje się ofiarą tej załganej, a w konsekwencji śmiercionośnej propagandy, łyka wszystko jak pelikan. Zwłaszcza jeśli głosi to medialny mainstream.
Niestety, wśród zakłamanych funkcjonariuszy, czerpiących wiedzę z postkominternowskiej Gazety Wyborczej, jest sporo hierarchów kościelnych, na których czele stoi zaprzyjaźniony z gminą żydowską, przewodniczący Komisji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Człowiek, któremu – co udało mi się wywnioskować po ostatnich wpisach na Twitterze – udało się rozkochać w sobie funkcjonariuszkę Adama Michnika, Dominikę Wielowiejską.
Sądzę, że należy mu zafundować paczkę wartościowych lektur, chociażby publikacje ojca Jacka Woronieckiego OP, który klarownie tłumaczy czym jest patriotyzm, czym nacjonalizm, a czym żydowski czy ukraiński szowinizm. Jeśli je przeczyta – w co niestety wątpię, bo podobno jedyne drukowane, po które regularnie sięga to Wyborcza, Talmud i Koran – przestanie przyrównywać aktywizm nacjonalistów do narodowego-socjalizmu: Pytamy, skąd się to bierze [nacjonalizm wśród Polaków – przyp. redakcja]. Wydaje mi się, że z tego samego ducha, z jakiego wynikał nacjonalizm socjalistyczny. Z tego ducha, który nie ma w sobie nic chrześcijańskiego, dlatego, że gdy mówimy o odwoływaniu się do patriotyzmu, to musimy sobie jasno powiedzieć, że patriotyzm to jest to uczucie, w którym kochamy swoich bliskich, nie nienawidząc innych – perorował Gądecki. Nacjonalizm jest przeciwieństwem patriotyzmu. I jeszcze dodał: w Polsce doszedł do głosu chory nacjonalizm (wypowiedzi z 2016 roku). Gądecki uświadomił mnie w jednym, święcenia kapłańskie nie chronią nikogo od głupoty. Kim trzeba być żeby polski nacjonalizm, który postuluje wyniesienie Chrystusa na Króla Polski identyfikować z nazizmem? A może ksiądz arcybiskup, którego rodzice prawdopodobnie nazywali się Hartman, uczestniczy w śmiercionośnym planie, o którym pisałem wczoraj (Śmiercionośny plan żydów: Świat zniszczyć multikulturalizmem, a w kraju zbudować szowinistyczne getto)? Zaraz wszystko ułoży się w jedną całość. Powiem śmiało: w Polsce doszła do głosu karykatura biskupstwa. Już nie rządzą Kościołem pasterze, ale pastuchy prowadzące swoje owce na rzeź, a wypowiedź o polskim nacjonalizmie jest jedną z setek, które do tego przekonują. W wypowiedziach hierarchów winniśmy oczekiwać prawdy i większego polotu intelektualnego. Za swoje słowa, wykluczanie nacjonalistów z Kościoła, abp Gądecki odpowie na sądzie bożym, bo przeprosin na jasnogórskich wałach możemy się nie doczekać.
Gądecki to żydowski pachołek, szabes goj. Swoje prawdziwe oblicze objawił chociażby w 2014 roku, gdy Eucharystycznemu Ruchowi Młodych z Poznania, zakazał organizacji gry miejskiej opartej na wydarzeniach z XIV wieku, kiedy to Żydzi sprofanowali Najświętszy Sakrament. Prawdopodobnie gdyby organizowali grę o „sprofanowanym” żydowskim napletku, z pewnością podjąłby się honorowego patronatu. To już eklezjalne himalaje absurdów! Podobnie papież Franciszek, zamiast odwiedzać gnębione przez islamskich ekstremistów wspólnoty chrześcijańskie, biega po (będących w mniejszości wobec kościołów) islamskich meczetach, zdewastowanych przez rzekomych „katolickich fundamentalistów”, a w innym miejscu chwali politykę migracyjną Szwecji, która jest na skraju totalnego upadku.
Na szczęście, mimo natarcia eklezjalnych pastuchów, demoliberałów, talmudystów, islamistów i resortowych dzieci, w Europie odradza się nacjonalistyczny, komplementarny z personalizmem duch. To jest fakt! Europa Wolnych Narodów, jeszcze za naszego pokolenia, może stać się rzeczywistością. Światłe, europejskie grupy społeczne, będące pod jarzmem lewicowej ideologii Unii Europejskiej i szaleńczej hordy zdziczałych muzułmanów, próbują bezpiecznie wyślizgnąć się z opresji, nie ponosząc przy tym jakichkolwiek strat. Jedynym rozwiązaniem jest powrót do korzeni. Do narodowo-chrześcijańskiego dziedzictwa, z którego wyrastamy. Do radykalnej wiary, poszanowania dobrobytu i drugiego człowieka, na śmietnik historii wyrzucając lewackie, demoliberalne, nazistowskie, a zarazem eugeniczne ścierwo, które pod płaszczykiem „wolnego wyboru”, od dziesiątków lat próbuje nas zniszczyć. Nie chodzi o budowanie nacjonalistycznej międzynarodówki, a o umacnianie swojej nacji w wolności, dając w ten sposób świadectwo sąsiadom.
Wszystkie scenariusze wskazują na to, że kres Unii Europejskiej prędko nadchodzi, dlatego śmiało możemy ją porównać – przepraszam za słowa – do „zdychającej prostytutki z HIV-em”. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę czerpał radość z widoku agonii. Z satysfakcją patrzę jak zdycha stara, pomarszczona, zarażona HIV-em Unia Europejska. Chory i zakłamany kosmopolityczny twór, który niczym pospolita dewiantka, daje się gwałcić obcym europejskiej kulturze ideologiom i cywilizacjom. Być może Angela Merkel ze zgrają alfonsów, podziela równie obrzydliwe dewiacje, ale to niedopuszczalne, by je transponować na działalność polityczną obejmującą niemal cały kontynent. Seksualne spaczenia niech realizuje w prywatnej sypialni, nie zaś w ustawodawstwie europejskim. Żeby było jasne. Obraz wirusa HIV z jednej strony symbolizuje słabnący układ odpornościowy aparatu, a z drugiej ujawnia jedno ze źródeł zakażenia. W tym momencie powinienem wyciągnąć z teczki geograficzną mapę świata i wskazać na otaczające Europę kontynenty. Chyba więcej tłumaczyć nie muszę?
Dla nacjonalistów, którzy dążą do zbudowania Europy Wolnych Narodów, powinno być jasne, że Unia Europejska w obecnym kształcie jest wrogiem numer jeden. Zniszczenie jej to jedna z dróg ku wolności. Dlatego budując narodowo-chrześcijańskie „ja”, dorżnijmy unijną prostytutkę. Zaaplikujmy jej ampułkę cyjanku potasu – narodowo-katolickiego radykalizmu, to ją dobije ostatecznie, a Europa Wolnych Narodów stanie się naszym udziałem.